O autorze
Z zamiłowania i powołania mama nastoletniej Córki. Z wykształcenia prawnik. Sercem oddana prawom dzieci i postrzeganiu przez nich świata. W duszy pobrzmiewa pisarka i dziennikarka. Prowadziła blog, publikowała artykuły w Studio Opinii.

Niech już będzie 1 września

http://metrocafe.pl
Wakacje dobiegają końca. Z pewnością większość dzieci, nie cieszy się z ich zakończenia, chociaż bywają wyjątki, ale spora część rodziców… bardzo. Nie ukrywajmy, że dwa miesiące wakacji to dwa miesiące logistycznego planu zagospodarowania czasoprzestrzeni naszym dzieciom, a przecież urlop pracowniczy to taka domowa recepta na dwa, góra trzy tygodnie. Szkoły w wakacje są pozamykane na cztery spusty i psa z kulawą nogą w szkolnych murach nie uświadczymy. Co najwyżej brygady remontowe.


Obserwując wakacyjne starania rodziców, stwierdzam po pierwsze, iż szczęśliwi są Ci, co mają dziadków, najlepiej na emeryturze, ewentualnie rencie, a do tego zdrowych, sprawnych, dyspozycyjnych, najlepiej mieszkających gdzieś poza miastem i na tyle zainteresowanych wnukami, by poświęcić im swój czas. Po drugie Ci, którzy mogą posłać swoje pociechy na kolonie czy obóz, chociaż i z tym bywa różnie. Niektóre dzieci lubią kolonijne wyjazdy, inne wręcz przeciwnie, a przecież nic na siłę. I nasze dziecięce wspomnienia z letnich wyjazdów bywają różne. Czasami, tamte obozy były niczym współczesny, bardzo dzisiaj popularny i modny survival. Po trzecie Ci, którzy w jakiś cudowny sposób mają więcej, niż statystyczne dwa tygodnie urlopu albo wyrozumiałego szefa, który być może również nie ma pojęcia, co zrobić z własnymi dziećmi podczas dwumiesięcznych wakacji. Po czwarte, w lipcu i sierpniu większym szacunkiem, a nawet szczyptą zazdrości darzymy matki, które nie pracują, a wychowują, na co dzień własne dzieci. Słowo „nie pracują” w okresie letnim, okazuje się słowem niestosownym, ponieważ to właśnie wtedy doceniamy ich 24-godzinną dostępność, dyspozycyjność i całe to „niby” poświęcenie dla dobra dzieci. Szkoda tylko, że jedynie w wakacje. Po piąte Ci, których portfel jest na tyle gruby albo linia kredytowa nadal otwarta, by nie zamartwiać się, wysokimi kosztami zagranicznych, letnich wyjazdów, być może już po raz enty do tejże Chorwacji. I po ostatnie Ci, którzy posiadają dorosłe, odpowiedzialne czy samodzielne dzieci, aby bez lęku i strachu zostawić je w domu, a samemu udać się do pracy przy plus trzydziestu stopniach Celsjusza. Co one w tych domach robią, to już inna inszość. Podejrzewam, że surfują po sieci, a nie po falach morza czy jeziora. Są i takie, które bawią się pod blokiem z dyndającym kluczem na szyi.

Tak czy owak, wakacje, to z jednej strony zasłużony czas odpoczynku dla uczniów, ale z drugiej logistyczna i finansowa gimnastyka dla rodziców. Nikt im w tej gimnastyce nie pomaga, a wręcz przeciwnie, jeszcze dodaje odważników na nogi, żeby mocniej poczuć ten ciężar rodzicielstwa. Jak mówił Zagłoba, „Trzeba nam nowych obywateli tej najjaśniejszej Rzeczpospolitej sprawiać”, ale co dalej, to już nie powiedział.

Co roku, zastanawiam się, czy tak musi być? Czy naprawdę nie można ułatwić rodzinom, a już w szczególności rodzinom wielodzietnym, zagospodarowania tych dwóch miesięcy wakacji? Dlaczego szkoły są pozamykane? Szkoła jak szkoła, ale dlaczego nie są dostępne boiska szkolne, sale gimnastyczne, siłownie, pracownie czy pływalnie? Czy tak trudno udostępnić bądź otworzyć, nawet w systemie rotacyjnym, najbliższe dziecku placówki edukacyjne, świetlice, szkolne place zabaw, żeby uczniowie nie musieli chodzić z kąta w kąt po galeriach handlowych, marketach, parkach, parkanach albo siedzieć bezczynnie pod blokiem bądź ekranem komputera? Dlaczego wakacje, niejednokrotnie są długim okresem zmarnowanych możliwości? Przecież w szkołach mogłyby odbywać się zajęcia wyrównawcze dla dzieci mniej uzdolnionych albo takich, które z jakichkolwiek powodów posiadają zaległości w programie edukacyjnym, a które to zbyt często trudno nadrobić w trwającym roku szkolnym. Skorzystałyby także dzieci, których rodziców po prostu nie stać na letnie wakacje albo nie są w stanie zapewnić im należytej opieki przez całe dwa miesiące. Być może, szkoła otwarta w wakacje, przełamałaby również ten dominujący stereotyp, gdzie edukacja kojarzy się jedynie z ocenami, obowiązkami, nakazami, zakazami, testami, egzaminami czy oczekiwaniami nauczycieli, a stałaby się miejscem przyjaznym uczniowi, w którym z uśmiechem na ustach bez presji oceniania, mogłyby poćwiczyć umysłowo albo fizycznie.

Statystyki są nieubłagane niczym matematyka. Zdecydowana większość dzieci w ogóle nie wyjeżdża na wakacje. Spore grono rodziców, by zapewnić swoim pociechom letnie atrakcje, zaciąga w tym celu dodatkowe kredyty bądź zapożycza się u najbliższych. Niech już będzie ten 1 września. Rok szkolny z pewnością nada spokojniejszy rytm rodzinom, a rodzicom wytchnienie od myślenia, co robią ich dzieci, kiedy oni pracują.
Trwa ładowanie komentarzy...